Co prawda nie u nas lecz w Berlinie. U nas pracuje się mniej spektakularnie ale za to przyjemniej bo przy „ośmiorniczkach”. Jednakowóż źle się dzieje w państwie ościennym gdzie wyszło szydło (dokumenty znaczy) z worka. Oficjalni przedstawiciele rządu i ministerstwa wewnętrznych spraw ujawnili, że pod pręgierzem opinii publicznej znalazły się dokumenty i dane setek niemieckich polityków tych ze świecznika takoż. Popiołem posypywano głowy przed dziennikarzami przy pierwszym piątku roku ledwo napoczętego. Impreza nazywała się Konferencja prasowa.

Nie pierwsza to i nie ostatnia pewnie afera tej maści by wspomnieć choćby nie tak odległe szpiegowanie tychże samych polityków przez sojusznicze i jakoby przyjazne mocarstwo. Ale, jak zwykle mawiają przyłapani na takich niecnych zajęciach „to tylko byznes, nic osobistego”.

W pręgierzu znalazły się tym razem dane kart kredytowych, numery telefonów, adresy, dokumenty partyjne (rachunki, zaproszenia, a nawet treści „czatów” jakie wiedli deputowani i „die parteigenosse” wszystkich partii tamtejszych). Nie oszczędzono nawet eurodeputowanych ani luminarzy kultur wszelakich tudzież żurnalistów.

Wzburzone taką niegodziwością i niewdzięcznością wobec wybrańców narodu, fale opinii publicznej polewała oliwą, wysłana przez rząd na pierwszą linię frontu, niejaka Martina Fritz, która sprawę zbagatelizowała twierdząc, że nic takiego się nie stało bowiem w pręgierzu nie było żadnej co się zowie konfidencjów ani też sekretności. By sprawę ostatecznie przypieczętować podłączono do sprawy, której nie ma, Federalny Urząd Bezpieczeństwa Teleinformatycznego (Bundesamt für Sicherheit in der Informationstechnik - BSI) wspierany przez Federalny Urząd Ochrony Konstytucji (Bundesamt für Verfassungsschutz) i Federalną Policję (Bundeskriminalamt).

Połączone w jeden kułak Urzędy mają rozbić zasłonę tajemnicy i wyjaśnić czy były to niecne działania hakerów jako takich czy nie. Bo tu jest taka jakby niejasność pomroczna, by przytoczyć  słynną diagnozę naszego nieodrodnego syna narodu lokalnego.

Póki co, wiadomo (poznano po owocach ich działań) że nie działali jakoweś złoczyńce, terroryści czy normalni inaczej a jedynie zwykli przestępcy, którzy zwyczajnie ukradli dane z wewnętrznej sieci Bundestagu i puścili je w sieć ku uciesze gawiedzi.

Podpowiedzi prowadzące do pręgierza rozpowszechniane były przy pomocy tak modnej i nowoczesnej platformy kontaktu polityków z poddanymi jakimi są Tfity, Fejsy itepe jako noworoczne „gifty”. Tymczasem służby (pojęcie nowoczesne, wieloznaczne i respekt budzące wśród maluczkich a jakże. Wiadomo... Służby) zajęte są sprzątaniem, blokowaniem, tropieniem… Wszyscy więc króliczka gonią i jest fajnie.

Źródło: Deutsche Welle, 2019/01/04.

 

Z ostatniej chwili… Służby rzeczone capnęły podejrzanego, który zeznał że „miał złość” na polityków z powodu ich oświadczeń i działań, działał sam, zwie się Georg Ungefuk, ma lat 20, rodem z Landu Hessen, obiecał że nie ucieknie więc został wypuszczony na swobodę. Związków ze elementami podejrzanymi nie wykryto.

Źródło: Deutsche Welle, 2019/01/08.

 

U nas to niemożliwe. Mamy RODO, GIODO i inne patenty z rodzaju „maść na szczury” i jest porządek. Sami zgadzamy się potulnie, podpisując cyrografy, na „przetwarzanie” naszych(?) danych osobistych bo jak nie to nie będzie tego lub owego. Szantaż panie.